sobota, 5 września 2015

Autoportret + Water Stories


 ,,Autoportret"




,,Czy ona nie wie co to znaczy <autoportret>?''. Uznałam, że mam koci charakter i nie masz bardziej wymownego sposobu przedstawienia mnie. Majestatycznie lśni i ma nieco nadnaturalną anatomię, ale nie będę tłumaczyła zakamarków mojej metafizycznej natury!

Kociak jest wykonany ołówkiem na papierze 29,7 x 29,7 cm (czyli największy możliwy do wycięcia kwadrat z kartki A3) oprawiony w czarny bristol, przymocowany estetycznie do tektury.




,,Water Stories"


A tak zmieniając temat - przed tygodniem byłam na wystawie fotograficznej ,,Water Stories'', przygotowanej we współpracy WWF, WaterAid i Earthwatch z fotografem Mustafą Abdulazizem. Nigdy się szczególnie nie interesowałam fotografią, ale forma wystawy była bardzo ciekawa. Jej celem było zwrócenie uwagi na globalny kryzys braku wystarczających zasobów wody pitnej i na codzienne zmagania z nim mieszkańców Chin, Indii czy Pakistanu, poprzez fotografie opatrzone historiami uwiecznionych na nich ludzi.

Z chęcią pokażę wam kilka zdjęć:
Kliknij na fotografie by je powiększyć.



Kalavati - kobieta murarz, która poświęca się budowaniu toalet w indyjskich slumsach (tym samym chroniąc zdrowie ich mieszkańców).

Pakistanki wyciągające wodę ze studni. Ich pracy towarzyszy temperatura powyżej 40°C.

Zdjęcia znad Jangcy, gdzie fotograf, jak wspomina, spotkał mężczyznę, który w przeszłości polował w okolicy, a teraz sam stara się ratować zwierzęta umierające z powodu zanieczyszczenia wody.


Wystawa przemawiała o tyle mocniej, że cała stała na wodzie - na pomoście na Bałtyku. Wyglądało to tak:




Na koniec zachęcam Was do zasięgnięcia więcej informacji na temat Mustafy Abdulaziza, i - przede wszystkim - działalności WWF, WaterAid i Earthwatch - trzech wspaniałych organizacji non-profit, które przez lata swojej działalności zrobiły mnóstwo dobrego dla świata.

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Orzeł - akwarelowy dyptyk

Czas na akwarele. Technika o tyle ciekawa, że w pewnym stopniu nieprzewidywalna.







Obraz jest dyptykiem przymocowanym do żółtego ozdobnego kartonu. Nieregularnym kształtem pracy chciałam podreślić dynamikę lotu ptaka. Bardziej kojarzy się nam z wolnością, wylatując poza prostokąt papieru.

Przyznam się, że motyw wybrałam przede wszystkim jako pretekst, by namalować niebo. Można się było pobawić dużą ilością wody i pozwolić, żeby farby się rozpływały, czasem bardziej, a czasem mniej kontrolowanie, dając bliskie prawdziwemu niebu efekty. Bo przecież aktualny wygląd nieba tworzy się równie spontanicznie, a za moment chmury będą już wyglądały inaczej.
Ptaka i roślinność malowałam już gęstszą farbą.

Dodam jeszcze, że mój zestaw liczy, ho-ho, całe 8 kolorów! Dla przykładu zielonego mam tylko jeden odcień - szmaragdowy (jakby to męskiej części czytelników najprościej powiedzieć: ciemny niebieskozielony :D) jak czubki choinek najdalej w tyle. Kolor choinek w przodzie uzyskałam, mieszając moją zieleń z odrobiną czerwonego, czyli kolorem dopełniającym dla zielonego, by obniżyć jego nasycenie (zmieszanie pary barw dopełniających w proporcji 1:1 da nam kolor szary). Jest to bardzo przydatne w technice akwarelowej. Innymi przykładami par kolorów dopłeniających jest fioletowy i żółty oraz niebieski i pomarańczowy.
Wobec tego jeśli macie tylko jeden odcień np. niebieskiego, to nie tragedia. Raz można dodać do niego trochę żółtego, raz ocieplić fioletowym, a innym razem ''poszarzyć'' pomarańczowym lub przyciemnić czarnym. I już mamy bogactwo odcieni na obrazie!
Polecam spróbować to wykorzystać, zwłaszcza gdy będziecie malować farbami wodnymi, które bardzo lubią się mieszać. :)

wtorek, 11 sierpnia 2015

Portret Julii tuszem

Po ostatniej zabawie z mangą (klik) tuszem, połknęłam bakcyla! Mam zamiar wkrótce stworzyć własny komiks tą techniką. Póki co celem nabrania wprawy (bo malując mangę nie miałam jeszcze tak dobrego wyczucia techniki, więc postanowiłam najpierw potrenować), tuszem i pędzlem do akwareli namalowałam portret mojej młodszej siostry. Efekt prezentuje się tak:





Okazuje się, że tusz potrafi dać fantastyczne efekty. Zainteresować się nim powinni zwłaszcza miłośnicy fotorealizmu, bo potrafi dać znacznie bliższe zdjęciu efekty, niż ołówek. Dla przykładu warto przyjrzeć się pracom Gunnel Wåhlstrand (poniżej) - szwedzkiej współczesnej artystki, której prace w największym skandynawskim domu aukcyjnym Bukowskis osiągają ceny - bagatela - pół miliona dolarów.


(Kliknij, na obrazy, by je powiększyć.)



Mam nadzieję, że zainteresowałam tematem.
Tymczasem zanoszę prośby do Apollina i dziewięciu Jego muz olimpijskich o szybkie i wartościowe natchnienie na mangę. :D
Pozdrawiam wszystkich i życzę twórczo produktywnych ostatnich tygodni wakacji. :)

Źródła: https://www.bukowskis.com/en

wtorek, 5 maja 2015

,,Morderca w masce'' - zilustrowane opowiadanie/manga, akwarela, ołówek

Zapraszam na lekturę mojego własnego mini thrilleru opatrzonego wykonanymi przeze mnie ilustracjami!
Nie jestem oczywiście pisarką, ale bardzo się starałam. ;) Ilustracje są w wykonane różnymi technikami i stylami. Oczywiście każda książka wydana z obrazkami powinna mieć je wszystkie utrzymane w podobnej stylistyce, ale ponieważ moje opowiadanie nigdy nie będzie na poważnie opublikowane, a w szkole plastycznej chodzi o to, by ćwiczyć jak najwięcej technik, wyprodukowałam obrazek w ołówku, akwarelowy oraz w stylu mangowym (namalowany tuszem; tak jakby fragment strony komiksu).


Morderca w Masce

Morderca w Masce początkowo nazywał się Viktor Nelson, czego, jako policja, do dziś nie potrafiliśmy ustalić i co zapewne on sam zdążył już zapomnieć dawno temu. Dzisiaj był dzień, w którym obchodził swoje siedemdziesiąte urodziny, jak i również dzień... w którym zmarł. Mężczyzna mierzył sto siedemdziesiąt trzy centymetry. Choć nie był szczególnie wysoki, jego mięśnie były dobrze zbudowane i twarde jak skała - był w naprawdę dobrej formie. Jego oczy były zielone, a włosy brązowe, aktualnie w ogromnej części białe z powodu wieku. Jego szczupła twarz poznaczona była głębokimi zmarszczkami, zatrzymanymi teraz, ma się wrażenie, w poczuciu dumy i spełnionego obowiązku.
Pseudonim ,,Morderca w Masce’’ mógłby go właściwie obrazić. Nelson używał bowiem nie tylko makijażu czy mask oraz peruk. On cały przeistaczał się w zupełnie nowe postaci. Był absolutnym mistrzem kostiumów - prawdziwym artystą. W jego domu znaleziony został ogrom profesjonalnych materiałów, podobnych tym używanym przez stylistów filmowych. Miał miliony peruk: długie i krótkie i wielu kolorach. Z lateksu formował nowe twarze. W jego garderobie wisiały stroje w różnych stylach i rozmiarach. Mógł stać się kimkolwiek – od huligana w dresie po mrocznego satanistę. Pewnego razu przebrał się nawet za staruszkę, by prezentując światu swoje najnowsze zabójstwo, wyśmiać bezbronną policję, niepotrafiącą złapać teatralnego seryjnego mordercy. Umiejętnie dopuszczał nas bowiem jedynie na tyle blisko, byśmy dowiedzieli się ni mniej, ni więcej tyle, ile sam chciał ludziom przekazać. Dokonując morderstwa, za każdym razem używał obuwia z ukrytymi platformami jak i fałszywych mięśni pod strojami by sprawić, byśmy, nawet gdy już dowiedzieliśmy się, że istnieje morderca zmieniający aparycję, myśleli, że jest większy i nie podejrzewali kogoś takiego, jak Viktor Nelson.



Viktor zaczął trenować sztuki walki już jako mały chłopiec i bardzo szybko się w nich rozwijał. Zarazem miał on silne poczucie sprawiedliwości. Jego świat dzielił się na czerń i biel – tych dobrych oraz tych złych. Był cichym dzieckiem bez wielu przyjaciół (w dużej mierze z własnego wyboru) ale z doskonałą umiejętnością obserwowania ludzi i wyciągania wniosków na ich temat. Chociaż był cichy, zawsze pomagał prześladowanym rówieśnikom. Nienawidził starszych dzieciaków wykorzystujących swoją siłę przeciwko słabszym. Życzył sobie, aby wszyscy złoczyńcy zostali ukarani. Trenował sztuki walki w każdej wolnej chwili, by zawsze móc pomóc komuś w potrzebie.



I w końcu nadszedł dzień, w którym jego mama, jedyny rodzic jakiego posiadał, umarła, kiedy Viktor miał zaledwie osiemnaście lat. Zaczął mieć problemy – zarówno psychiczne jak i finansowe. Choć był niezwykle inteligentny, nie mógł pójść na studia. Zamiast tego, by jakoś przeżyć, związał się z podziemnym światem mafii. Z jeszcze większą ilością przemocy, narkotyków i zła, których obecność już dostatecznie przeszkadzała jego wrażliwemu sumieniu. Dzięki swoim umiejętnościom walki szybko zdobył tam szacunek.
Po kilkudziesięciu latach stał się najbardziej efektywnym płatnym mordercą. Co go wyróżniało? Po pierwsze nikt nie wiedział, kim on tak naprawdę był. Używał pseudonimów i nigdy nie pokazywał swojej twarzy. Skontaktować się z nim bezpośrednio było niemożliwym. Czasami zostawiano małe ślady, ukryte wiadomości – nawet w mediach, czasami rozgłaszano w środowisku kryminalnym, iż jest się zainteresowanym współpracą z nim. On, który był jak duch, który zawsze obserwuje, kontaktował się z osobą, która wydawała się tego sobie życzyć. Czasem to on wychodził z propozycją widząc, że ktoś mógłby życzyć sobie śmierci kogoś, kogo i nasz morderca nie lubił, a czasami zabijał bez niczyjej prośby. Ale drugą rzeczą, która sprawiała, że był wyjątkowy w swoim fachu była jego wybredność na zlecenia. I nie chodziło mu wcale o pieniądze, a o to, jaką była osoba, którą miał zabić – przestępcą, mającym na sumieniu wiele ludzkich żyć, czy jedynie bogatym krewnym, na którego majątek ma się chrapkę. Nelson zawsze sprawdzał, czy jego potencjalna ofiara zasługuje na śmierć. Jeśli zobowiązał się ją zabić, zawsze kończył swoje zadanie pomyślnie. Zdarzało się, że był nawet zbyt efektywny i zabijał... Własnych klientów... (Rzecz jasna po uprzednim wykonaniu ich zlecenia.) Był jak cień. Myśliwy ukryty w ciemności. Widział wszystkich, lecz nikt nie potrafił dostrzec jego. Kiedy ukazywała się komuś maska o pogardliwym uśmieszku, oznaczać to mogło jedynie ostatnie sekundy życia. Morderca znikał równie szybko, jak się pojawiał. Planował swoje morderstwa z najwyższym profesjonalizmem i nigdy nie zostawiał śladów pomocnych policji. Mordował w całej Szwecji i do dziś nie wiedzieliśmy nawet, że mieszkał w tym małym domku na przedmieściach Luleå.
Na początku swojej działalności, Viktor jedynie zabijał, usuwał ze społeczeństwa zepsute elementy. Szybko zorientował się jednak, że to nie wystarczy. Żeby powstrzymać zło, ważnym było, by ludzie wiedzieli, że istnieje ktoś sprawiedliwy i równocześnie nieograniczony. Ktoś, kto ukryty zawsze obserwuje i osądza ich uczynki. Ktoś, kto jest jak duch, przed którym ci, którzy jego prawa nie przestrzegają, nie będą w stanie uciec i którego obecność pozwalała będzie nie wadzącym nikomu obywatelom poczuć się spokojnie i bezpiecznie. Ludzie potrzebowali boga. To właśnie był powód, dlaczego wkrótce Nelson kładł figurki Themis obok zwłok swoich ofiar. Themis przedstawiana z mieczem i wagą w dłoniach oraz opaską na oczach, była dla Greków boginią sprawiedliwości. Nasi policjanci śledczy natychmiast zrozumieli przesłanie. Dla mediów tajemniczy Morderca w Masce każący zbrodniarzy był niewyobrażalnie interesującym tematem i wkrótce nie było nikogo, kto by o nim nie słyszał i z zapartym tchem nie śledził kolejnych jego dokonań. Społeczeństwo się podzieliło – niektórzy przypominali o prawach człowieka, które posiadają nawet łamiący prawo. Faktem było jednak, że przestępczość zmalała i wielu, nawet jeśli nie przyznawali tego głośno, zadowolonych było z jego aktywności.
Kim jednak sławny Morderca w Masce był na co dzień? Mieszkał samotnie w małym domku w północnej Szwecji. Nie miał bliskich przyjaciół, ale przed mieszkańcami miasteczka zawsze sprawiał wrażenie sympatycznego i pomocnego. Niezbyt udzielał się towarzysko, ale każdy tłumaczył to tak, że niektórzy ludzie należą po prostu do typu domatorów, dla których lepszym sposobem spędzania czasu jest czytanie książki, aniżeli pójście na przyjęcie. Z pewnością nikomu nie przeszłoby nigdy przez myśl, że z mężczyzną mogło być coś nie tak, a już na pewno nie, że mógłby kiedykolwiek kogoś skrzywdzić. A ponieważ zagęszczenie domów nie jest w tych chłodnych okolicach duże, nawet najbliżsi sąsiedzi mieszkali w sporej odległości i  nie mieli nawet pojęcia o tym, że w niektóre weekendy Nelson znikał i oddawał się swojemu pogodzinnemu zajęciu. A czym zajmował się w dni robocze? Jego początki były oczywiście ciężkie. W wieku niemal trzydziestu lat, gdy miał już nieco więcej pieniędzy, postanowił wreszcie wykorzystać swoje świetne licealne świadectwo i pójść na studia biliotekarskie które niedługo potem dały mu spokojną pracę w pobliskiej bibliotece. Wydawał się zwykłym mężczyzną. Każdy w miasteczku był wręcz z niego dumny, że pomimo trudnej młodości, stał się porządnym człowiekiem i miłym sąsiadem. Nikt nie miał pojęcia, że w wolnych chwilach zwalczał zło.
Tak lata mijały... Sława Morcercy w Masce nie malała, podobnie jak strach, który zasiał. Był wszędzie i wszędzie przynosił śmierć. Wszystko jednak musi mieć swój koniec. Widocznie nawet bóg. Wreszcie i Nelson, jedyny bóg i sędzia, zostać musiał osądzony. Dostarczony organom ściagania przez kogoś, kto był już zbyt słaby, by móc dłużej ukrywać tak wielką tajemnicę.
Mnóstwo uzbrojonych antyterrorystów wbiegło do jego domu. Wywarzyło drzwi i ujrzało całe prywatne królestwo Morcercy w Masce. Muszę przyznać, że całkiem malutkie. Ale tak bogate w jego filozofię – całe mnóstwo etycznych ksiąg, oraz jego wspomnienia – dzienniki i własne notatki o problematyce etycznej. Była tam również jego garderoba, w której przeistaczał się w przeróżne postaci. W centralnej części salonu znajdował się nawet On sam. Tym razem mogliśmy ujrzeć go bez żadnej maski. Takim, jakim był naprawdę. W swoim prywatnym zaciszu ujrzeliśmy go bowiem osądzonego, wiszącego za pętlę u szyi jego samego. Obok niego stała malutka figura bogini Themis – dokładnie taka sama, jaką zwykł kłaść obok ludzi, których karał. Sędzia świata osądził bowiem po raz ostani. Teraz kiedy był już za stary i jego ciało słabsze, zakończył swoje dzieło każąc prawdopodobnie największego grzesznika z wieloma duszami na swoim sumieniu. Lub może, rzekłbyś, nie grzesznika, a bohatera strzegącego sprawiedliwości?

W każdym razie, jak sam Viktor Nelson mawiał – ci, którzy dopuszczają się zabójstwa, zostać muszą ukarani.
Dura lex, sed lex.









Trochę więcej o pracach...
Pierwsza to portret Viktora w trakcie stylizowania się na demona. Pragnę zwrócić jednak uwagę  na to, że farba na pędzelku jest jasna jak skóra, czym chciałam zawrócić nieco w głowie. To człowiek zakłada maskę diabła, czy może raczej diabeł (w jego wnętrzu) zakłada na co dzień ,,maskę'' miłego człowieka? Sądzę, że to idealnie opisuje tego bohatera. Oczywiście skaner zjadł cienie.

Druga to fragment komiksu przedstawiająca Nelsona jako dzieciaka, który, jak pisałam w opowiadaniu, pomagał prześladowanym rówieśnikom. Na obrazku spuszcza on łomot łobuzowi, który zabrał dziewczynce jej ulubioną zabawkę. Nie mogłam zilustrować tego inaczej, jak przedstawić scenę idealnego ciosu Viktora, podczas którego młody bandyta wypuszcza z ręki misia, który wpada prosto w ręce szczęśliwej dziewczynki. Korzystałam z atramentu i pióra (nie na naboje, a taki, który zanurza się w tuszu), czyli z narzędzi używanych przy tworzeniu prawdziwej mangi. Nie miałam niestety prawdziwych screentones (czyli specjalnych naklejek w czarno-biały wzór, np. kreski czy kratkę używany do cieniowania mangi) więc kilka wydrukowałam i potem wycinałam (np. niebo tak powstało). Muszę powiedzieć, że choć czytuję komiksy, nigdy nie rysowałam niczego w mangowym stylu i okazało się to dla mnie trudniejsze, niż stworzenie realistycznego portretu. Dużo szkiców wyrzuciłam, zanim wyszła mi odpowiednia twarz. Komiksy wymagają też umiejętności ukazania dynamiki i oddania emocji (wręcz przejaskrawienia zdziwienia, radości, złości itd....), co też nie jest łatwe. Ważna też jest perspektywa jak i odpowiednie rozmieszczenie elementów, zaplanowane użycie powierzchni papieru. Jak na pierwszy obrazek, jestem usatysfakcjonowana. :)

Trzecia jest natomiast martwą naturą namalowaną farbami akwarelowymi.


Mam nadzieję, że się wam podoba. :)

Akwarelowe ciapki + Portret wśród wilków

Witajcie! :)
Mam dziś do pokazania dwa obrazki wykonane w szkole.

Pierwszy - akwarelowy - był treningiem przed właściwą pracą tą techniką. Zadanie polegało na tym, że każdy dostał fragment (wielkości ok 2,5 x 3,5 cm) zdjęcia, który właściwie nie wiadomo co przedstawiał, z poleceniem namalowania go na formacie nieco większym niż A4. Po namalowaniu mieliśmy połączyć obrazki w jeden duży i przekonać się, co przedstawia. Zupełnie jak puzzle. :)

Moja część:

Prawie gotowy efekt (bardziej gotowy już raczej nie będzie, bo niektórym nie bardzo chce się kończyć :P):


(Hmm coś chyba poszło nie tak, haha.)









Kolejnym obrazem jest akrylowy portret dziewczyny wśród wilków. Zgodnie z poleceniem miał wyglądać jak bajkowa ilustracja, zamiast być realistycznym. :) Wobec tego zwracałam uwagę, żeby, jak na ilustrację przystało, miał ładne kolory (dopełniające, tj. leżące po przeciwnych stronach na kole barw, jak pomarańczowy - niebieski, fioletowy - żółty, których użyłam. Dzięki temu wzmacniają się wzajemnie. Dlatego właśnie gałązki i pnie są lekko pomarańczowe. W tego typu pracy można sobie na to pozwolić). Nie przeznaczam na niego osobnej notki, bo nie jest raczej fenomenalny, a i zdjęcie nie powala jakością, a nie bardzo mam możliwość zrobienia lepszego.


sobota, 18 października 2014

Dama z... Lisem ;)

Czyli parafraza znanej Damy z Łasiczką Leonarda da Vinci. Rzecz polega na tym, by w jakiś sposób zmodyfikować popularne dzieło. Pierwszym krokiem musiało być oczywiście zaczerpnięcie informacji na temat obrazu. Sportretowana Cecylia Gallerani nie była specjalnie grzeczną dziewczynką, co mogłaby sugerować łasiczka i jej znaczenie. Jednoczeście obracała się w wyższych sferach i była bardzo mądra. Toteż uznałam, że jej atrybutem powinien być właśnie taki lis. Oto moja wersja:


Gotowe dzieło oprawione zdobi (albo i niekoniecznie? XD) szkolną ścianę.

szkic:                                        początek malowania:





Myślę, że oryginału nie muszę wstawiać, bo każdy go zna (zna, prawda? :D). No ale proszę, dla porównania. Na mojej fotografii tegoż obrazu połowa sukni była całkiem czarna, widzę teraz, że są tam jakieś wzorki. Ups. :)


Mam nadzieję, że się podoba!

środa, 16 lipca 2014

Ryota z One Ok Rock

Taa, kiedyś już rysowałam One Ok Rock... Ale basisty jeszcze nie! :D


Podczas tworzenia tego obrazka natknęłam się po raz kolejny na pewien problem-czy modeli powinno się upiększać? Otóż Ryota albo lubi stać sobie krzywo, albo ma wyraźną skoliozę. Jedno ramię jest wyżej od drugiego. Długo się zastanawiałam, czy powinnam to zretuszować. Doszłam do wniosku, że nie będę nic zmieniać-w końcu on tak właśnie wygląda, nie inaczej. Teraz myślę, że był to jednak błąd. Przeciętna osoba oglądająca moje rysunki, po której wiedzy na temat przypuszczalnych schorzeń i wad postaw niejakiego japońskiego basisty Kohama Ryoty się raczej nie spodziewam, najpewniej pomyśli, że to ja mam coś nie tak z widzeniem i nie potrafię narysować ramion symetrycznie. :P O ile na przykład niesłychanie wielki nos jest czymś charakterystycznym dla naszego wizerunku, co tworzy to, jak ludzie nas widzą i czego nigdy bym nie zmieniła, rysując kogoś, o tyle te ramiona wydają mi się teraz do tych cech nie należeć. Może gdyby rysować całą sylwetkę powinnam je narysować takimi, jakimi są, ale w portrecie nie było potrzebne (hehe, szkoda, że nie doszłam do tego wniosku wcześniej). W związku z tym rysunek nie jest idealny, ale miło było się czegoś nauczyć.
(Tymczasem Ryota po prostu stał bokiem, a ja posądzam go o wady kręgosłupa. XD Chciałabym zaznaczyć, że rysując, specjalnie przeglądałam inne jego zdjęcia w celu zbadania tych ramion, ale nie mogłam dostrzec, czy są one równe-albo miał na sobie kurtkę, albo jedną rękę podnosił, żeby pomachać do kogoś, kto robił mu zdjęcie etc. i nic nie wywnioskowałam. Ryota nie jest aż tak popularny, żeby mieć w sieci miliony zdjęć.)

A wam jak się podoba? No i jak mijają wam wakacje? Ja, jak widać, mam czas na rysowanie!